Amortyzacja części w OC
- 08.09.2009r.
Zakłady ubezpieczeń wprowadzając poszkodowanego w błąd, takimi pojęciami jak: amortyzacja, ubytek wartości czy współczynnik odchylenia, usiłują skłonić go do rezygnacji z należnych mu środków finansowych za uszkodzone mienie.
Perypetie pewnego duchownego
Pewien niezwykle sympatyczny ksiądz wikary poruszał się główną ulicą jednego z miast powiatowych średniej wielkości. Sunął niezbyt szybko, tak jak przystoi osobie duchownej, w swoim VW polo z silnikiem 1,3, wyprodukowanym anno domini 1996. Z błogiego zamyślenia wyrwało go nagłe uderzenie w bok samochodu. Ponieważ był z natury człowiekiem "niespotykanie spokojnym", nawet się specjalnie nie zdenerwował. Okazało się, że jego zbyt dostojna jazda była przyczyną najechania go przez niecierpliwego amatora koreańskiego automobila spod znaku kia. Między dżentelmenami doszło do kulturalnej wymiany zdań, w której ustalono, że wyłączną winę ponosi kierowca kia, i że oto legitymuje się on polisą ubezpieczeniową w zakresie jego odpowiedzialności cywilnej. Spisano oświadczenie, następnie poszkodowany udał się do przedstawicielstwa jednej z wiodących firm ubezpieczeniowych, z którą to podobno "bardzo warto mieć do czynienia". Nasz miły klecha był do tej chwili zupełnie spokojny. Spokój ducha opuścił go jednak, gdy kilka dni później zobaczył kosztorys naprawczy nazwany szumnie kalkulacją szkody. Jak wynikało z szacunków Pana Likwidatora, zastosowano kilka drobnych potrąceń. I tak na powłoce lakierniczej za pomocą "współczynnika odchylenia" potrącono 66% kosztów. Księżulo się zdziwił, czyżby to nie miał na samochodzie 2/3 lakieru i tego nie zauważył? Jeszcze bardziej się zdziwił, gdy zobaczył ceny części zamiennych pomniejszone, bagatela, o jedyne 42,7% (z powodu tzw. ubytku wartości). Czyżby prawa strona jego samochodu była zniszczona w 40%, a on znowu nic o tym nie wiedział?
Głos z góry
Całą sprawę można by przypisać szatanowi, którego to piekielne sztuczki są od początku świata przyczyną wielu kłopotów, jednak nasz duchowny doszedł do wniosku, że uzasadnienie jest bardziej ziemskie - ktoś go po prostu próbuje orżnąć na kilkadziesiąt setek całkiem ziemskich złotych. Bo niby z jakiego powodu potrąca mu się z należnych kosztów naprawy prawie aż 60%!
Jako człowiek prawomyślny zapragnął poskarżyć się "wierchuszce", czyli przełożonemu likwidatora, który zapewne jest dobrym i prawomyślnym człowiekiem i szarego obywatela skrzywdzić nie da. Na płomienne pismo opowiedziano, że ceny części są różne, bywają też i bardzo niskie, a skoro samochód tyle lat jeździ po świecie, to zniszczone w wyniku zderzenia części nie były nowe, tylko już nieco sfatygowane, a nikt nie będzie mu przecież płacił za wymianę starych na nowe. Zaś co do kosztów robocizny proponują któryś z sieci współpracujących warsztatów. Są one wszystkie bardzo oszczędne (tyle tylko, że najbliższy znajduje się około 100 km od miasta, w którym mieszka nasz wikary) i rzekomo nawet udzielają gwarancji ponaprawczej. Potrącenia są więc jak najbardziej słuszne. Można się przecież było nie godzić na rozliczenie kosztorysowe, tylko naprawić samochód, przedłożyć faktury i wtedy zapłacono by 100%.
Co na to kodeks karny
Zagadnięci fachowcy z branży motoryzacyjnej potwierdzili, że naprawa w proponowanych pieniądzach jest jednak możliwa. Tyle tylko, że aby kupić części w tej cenie, trzeba to zrobić w tzw. szarej strefie. Czarę goryczy przelała informacja, iż policzona tak wysoko amortyzacja praktycznie skazuje naszego księżula na części niewiadomego pochodzenia, być może nawet i z kradzieży. Czyż to nie jawna kpina - księdza kradzionym częstować!
Nie warto tu nawet cytować przepisów oraz uchwał Sądu Najwyższego, które to zostały, mówiąc młodzieżowym slangiem, "olane!". Nie minę się jednak wiele z prawdą jak powiem, że można się w takowej procedurze dopatrzyć znamion czynu zabronionego z art. 286 par. 1 kodeksu karnego, czyli tzw. oszustwa. Jeżeli bowiem ktoś "doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym mieniem, w celu uzyskania z tego tytułu korzyści majątkowej, ten podlega każe od 6 miesięcy do lat 8 więzienia". Ubezpieczyciel ten przecież doskonale wie, że poszkodowanemu należą się zupełnie inne pieniądze (orzeczenia SN chyba czyta). Wprowadzając go jako niefachowca w błąd, takimi pojęciami jak: amortyzacja, ubytek wartości czy współczynnik odchylenia ubezpieczyciel usiłuje skłonić poszkodowanego do rezygnacji z należnych mu środków finansowych za uszkodzone mienie. Trzeba więc może tą niechlubną działalnością (o której wielokrotnie już na łamach DU była mowa) zainteresować Prokuraturę, albo może nawet powołać Sejmową Komisję Śledczą...
Nasz ksiądz miał chyba jednak rację - tak czy siak, w tym wszystkim tkwi jakiś "rokita".